O autorze
Od lat zadaję sobie pytanie: co się stanie, jeśli szkoły, i stojący za nimi system oświaty, nie sprostają wyzwaniom XXI-wiecznej edukacji? I nie chodzi bynajmniej o snucie kasandrycznych wizji, lecz uświadamianie sobie, że zagrożenie, o którym mowa, jest całkiem realne. Szkoły nie tylko bowiem nie nadążają za tempem rozmaitych zmian (bo to można ostatecznie zrozumieć), ale też niektórych wyzwań edukacyjnych w ogóle nie dostrzegają. A w każdym razie – nie podejmują ich. Niestety!

Pracownik naukowo-dydaktyczny Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Autor projektu Szkoły Nowej Generacji: http://www.szkolanowejgeneracji.pl/
Pomysłodawca i organizator 3-letnich studiów o profilu praktycznym - humanistyki drugiej generacji http://www.humanistyka2.pl/
https://www.facebook.com/HumanistykaDrugiejGeneracji

„Upadek pedagogiki” i paradoksy nauczycielstwa

Nie zabierałbym głosu w sprawie „upadku pedagogiki”, ogłoszonego na 1. stronie wczorajszego wydania „Gazety Wyborczej”, gdyby nie fakt, że w artykule sformułowano dalece uproszczoną tezę na temat nauczycieli i nauczania. A przy okazji pominięto kwestie o donioślejszym znaczeniu…

To, co od jakiegoś czasu obserwujemy na pedagogice, podobnie jak na wielu innych kierunkach studiów (a chodzi o drastyczne niekiedy spadki w naborze), to przede wszystkim zjawisko pękającej „bańki rekrutacyjnej”, na które dodatkowo oddziałują zjawiska demograficzne. Dlatego w niejednym przypadku efekty są piorunujące.



[Główne tezy artykułu zob:
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/gazeta-wyborcza-upadek-pedagogiki/8trjv

Przy ponad 450 wyższych uczelniach w kraju i zaledwie ok. 330 tys. maturzystów (a liczba ich każdego roku dramatycznie spada) sytuacja rekrutacyjna nie może wyglądać inaczej. A w przypadku pedagogiki pikanterii przydają inne dane. Do pewnego stopnia porażające!

Nie wiem, czy kandydaci wybierający ten kierunek studiów zdają sobie z tego sprawę, ale pedagogikę w Polsce można studiować w niemal 150 uczelniach, a więc statystycznie w co trzeciej, nie wyłączając w tym politechnik czy akademii wychowania fizycznego (co nie jest bynajmniej uwagą deprecjonującą).

Dla jasności dodajmy, że pedagogika nie jest kierunkiem odosobnionym, jeśli chodzi o podobne zjawiska, ale niewątpliwie jej przypadek jest najbardziej wymowny!

Problemem są więc olbrzymie niekiedy nabory (sięgające nawet kilkuset osób), liczba uczelni, ale też poszczególne instytuty i katedry, które w latach prosperity pomnażały ponad miarę swoje kadry naukowo-dydaktyczne (by sprostać rosnącemu wówczas popytowi na kształcenie akademickie – dotyczy to zwłaszcza lat 90. i przełomu kolejnych dziesięcioleci), dzisiaj zaś potrzebują – nomen omen – studentów, a zwłaszcza zajęć z nimi, aby wypełniać obciążenia godzinowe swoich pracowników. I tak koło się zamyka. I zarazem kręci! Rzecz jest oczywiście bardziej złożona, niemniej istotą tego zjawiska pozostaje m.in. jego „bańkowość”.

To wszystko nie musi jednak przesądzać – ex definitione! – o kiepskim przygotowaniu do zawodu; i o tym, że nasze „dzieci będą uczyć coraz słabsi nauczyciele” (co próbuje nam zakomunikować Autorka artykułu)! Z masowości studiowania można i należy wyciągać sporo wniosków, nie należy jednak przyjmować milczących czy ukrytych tez, że wobec tego nigdzie w kraju nie kształcą należycie, że studia pedagogiczne stają się „słabe” i że skazani jesteśmy na równie słabych edukatorów. Ostatecznie masowość zachowuje także swoje walory – stwarza ona znakomite warunki wyboru. Dla instytucji zatrudniających to w równym stopniu kłopot, jak i luksus! A dla kandydatów na studia i do zawodu, zwłaszcza tych w pełni świadomych i zdeterminowanych – być może pierwsze poważne wyzwania.

Większym problemem i bardziej niekorzystnym zjawiskiem są natomiast próby deprecjacji tego czy innego kierunku studiów, czy nawet całych obszarów kształcenia (jak w przypadku nauk humanistycznych czy społecznych), aniżeli fakt, że zgłaszają się na nie mniejsze ilości kandydatów; albo że na studia te dostają się osoby, które nie najlepiej zdały maturę.

[Tak na marginesie: gdybyśmy dzisiaj dyskutowali o maturze, o jej kształcie, charakterze czy sensie, o tym, do czego służy i co tak naprawdę daje młodemu człowiekowi i całemu systemowi edukacji, prawdopodobnie nie poskąpilibyśmy jej słów krytyki, a może i nie zostawilibyśmy na niej suchej nitki – używanie „słabej matury” jako argumentu na rzecz tezy o słabych kandydatach, słabych studiach i słabych nauczycielach jest więc przykładem naszej komentatorskiej sofistyki, choć i w tym oczywiście kryją się ziarna prawdy. Ale zostawiam tę uwagę na marginesie właśnie, bo nie to jest istotą problemu czy zjawiska.]

***

Rzeczywiście, zainwestować trzeba w odbudowę wizerunku studiów i kształconych profesji! No i dbać o jakość nauczania – ale to oczywistości!

I kwestie, którym trzeba by poświęcić osobne uwagi.

Paradoks, jaki dotyka pedagogikę, jest tymczasem bardziej złożony. Oto bowiem studia z zakresu tzw. edukacji wczesnej (przygotowanie do pracy w żłobkach, przedszkolach, pierwszych klasach szkoły podstawowej - bo o tych studiach jest zasadniczo mowa), są tak naprawdę jedynymi studiami stricte nauczycielskimi w naszym systemie kształcenia akademickiego. W Polsce nie studiuje się nauczycielstwa, na potęgę natomiast zdobywa się uprawnienia do wykonywania tego zawodu!

I to jest rzecz, na którą warto zwracać uwagę, a nawet w sprawie której warto alarmować!

Co by nie powiedzieć, do pracy w przedszkolach i pierwszych klasach szkolnych kandydaci przygotowują się na „jednolitych” studiach (3-letnich zawodowych albo 2-letnich magisterskich uzupełniających), do podjęcia pracy ze starszymi dziećmi i młodzieżą wystarczy natomiast np. zaliczenie „modułu nauczycielskiego” (wplecionego dziś w organizację toku studiów na dowolnych kierunkach; i stanowiącego w uczelniach rodzaj maszynerii, żeby nie powiedzieć – nieźle prosperującej „działalności”). Do niedawna zaś sławą cieszyły się rozmaite kursy pedagogiczno-metodyczne, w niezliczonych miejscach i instytucjach (najczęściej w wymiarze do 360 godzin) – to dzięki nim legiony ludzi otrzymywały „przepustki” do pracy w szkolnictwie. (Wygasły zaś niemal całkowicie, bądź dogasają, kierunkowe studia o wyraźnie zdefiniowanej specjalności nauczycielskiej, z rozbudowanymi metodykami szczegółowymi, kilkuetapowymi praktykami etc.)

Chcę być dobrze zrozumiały: nie twierdzę, że wśród nauczycieli, kończących np. wspominane kursy, nie ma znakomitych pedagogów, świetnie wykonujących swoją pracę, twierdzę jedynie, że system przygotowania i kształcenia akademickiego w tym zakresie pozostawia wiele do życzenia.

Na jego tle kształcenie pedagogów edukacji wczesnej, to niemal jak wisienka na torcie. Cokolwiek to mówi o owym torcie!
Trwa ładowanie komentarzy...