Po pierwsze i po dziesiąte – debata o edukacji!

Kolejny Kongres Obywatelski, poświęcony m.in. edukacji, przeszedł oczywiście do historii! Od jego zakończenia minęły dwa miesiące. I co? Do dziś można spisywać postulaty zmian! Dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że to tyleż „szlachetne”, co syzyfowe?!

Zaproszony przez Redakcję http://www.edunews.pl/ do spisania kilku uwag nt. pilnych zmian, jakich potrzebuje polska szkoła (i sformułowania ich w postaci postulatów ułożonych hierarchicznie), zapisuję w punkcie 1., i mógłbym to powtarzać w kolejnych punktach, potrzebę poważnej debaty edukacyjnej! A właściwie – debat edukacyjnych!



Twierdzę bowiem, że wszelkie inne postulaty, czegokolwiek by nie dotyczyły, są wtórne wobec powyższego! I nie chodzi bynajmniej o dialektykę, zwykłą kolej rzeczy (że niby nic się nie zrodzi bez uprzedniej dyskusji), chodzi natomiast o „debatę” jako element polityki edukacyjnej, a nawet element życia społecznego, którego brak jest niezwykle dotkliwy, a do tego irytujący.

Prawdę powiedziawszy, trudno w takim momencie koncentrować się na innych szkolnych sprawach, i pisać o nich z przekonaniem, mając świadomość, że sam dyskurs edukacyjny obraca się w niwecz, bo poza środowiskowymi działaniami (niektórych nauczycieli czy pracowników naukowych - patrz np. serwisy internetowe) nikt go nie organizuje ani nawet nie ogarnia, nie prowadzi w jakimkolwiek kierunku, nie przenosi w obszary życia społecznego, słowem – nie czyni go przedmiotem publicznej działalności ani tym bardziej publicznej sprawy.

[Najlepszym przykładem Kongres Obywatelski z listopada ubiegłego roku, poświęcony m.in. edukacji, dla którego dzisiaj piszemy podzwonne! Obym się mylił!]

*
I warto pomyśleć, dlaczego tak się dzieje? Czy są to tendencje ogólne, charakterystyczne dla tej branży czy tego obszaru życia społecznego? Czy może jednak da się tym obszarem życia inaczej zarządzać i inaczej go zagospodarowywać?

Bo oczywiście kilka uogólniających pytań i wątpliwości można tu sformułować!

Dlaczego w czasach budowania społeczeństw i gospodarek opartych m.in. na wiedzy i kapitale ludzkim tematy edukacyjne nie wypełniają obszarów publicznych dyskusji, a w każdym razie z trudem do nich przenikają (wyłączając oczywiście cykliczne czy doraźne sprawy szkolne)? Dlaczego edukacja, zapisywana w partyjnych i rządowych programach na czołowych miejscach – właśnie jako priorytet! – nie staje się następnie przedmiotem społecznej uwagi, a zwłaszcza społecznych zabiegów? I dlaczego zabiegi te, nawet jeśli są podejmowane, nie przynoszą poważniejszych efektów?

Ostatnio, w jednym z publicystycznych programów, pewien profesor słusznie przypomniał i zaakcentował – w kontekście bieżących spraw społecznych – że państwo powinno z wyjątkową starannością dbać o trzy podstawowe filary, na których się wspiera, a mianowicie – o bezpieczeństwo, zdrowie i edukację (ponieważ mowa była o policyjnych akcjach, o możliwościach używania broni, komentowano przy okazji kwestie prawne).

Trudno nie zgodzić się z profesorem, a jeszcze trudniej zakwestionować którykolwiek z filarów państwa – tyle tylko, że o prawie, bezpieczeństwie czy zdrowiu dość sporo dyskutujemy (i nawet w wyniku konkretnych spraw i debat publicznych dochodzi do jakichkolwiek zmian!), o edukacji zaś dyskutujemy zdecydowanie za mało, niekiedy nawet można odnieść wrażenie, że nie dyskutujemy o niej wcale!

A zmiany, która byłaby wprowadzona do szkół w wyniku społecznych debat i społecznych zabiegów (czy choćby spisywanych postulatów), nie mogę sobie przypomnieć ani jednej!!! Zmiany w szkolnictwie to niemal wyłącznie wewnętrzna sprawa rządzących.

I to jest rzecz symptomatyczna!

Czyżby media i publiczne debaty miały szkodzić edukacji? I osłabiać jeden z filarów państwa?

Czyżby polityka informacyjna ministerstwa edukacji i jego agend, bardziej ukierunkowana na opinię publiczną, miała zakłócać dyskurs społeczny? I przypadkiem spychać na margines inne ważne sprawy i kwestie?

Czyżby w szkołach i w edukacji nie działo się nic ciekawego i nic ważnego, co by dotyczyło nas wszystkich i co by mogło służyć – przy odpowiednio konstruowanym przekazie – pobudzaniu i kształtowaniu ogólnej wiedzy i świadomości?

**
Możemy zatem spisywać hasła i postulaty – i zapewne powinniśmy to robić – ale żaden spis powszechny nie zmieni naszych szkół, a nawet nie będzie miał dla nich większego znaczenia (poza tym, że zgromadzi kolejne zasoby opinii i uwag), jeśli zarządzający oświatą nie uznają publicznego debatowania o szkolnictwie za wartość samą w sobie – i jeśli nie otworzą się na nią.

Zarządzający oświatą mogliby jednak nie tylko współtworzyć ową przestrzeń dyskursywną, ale nawet ją organizować, wychodząc przy tym z założenia, że publiczne dyskusje o edukacji, i spieranie się o jej przedmiot i kształt, to edukacja w najczystszej postaci!

[Należałoby oczywiście zadbać, by tego rodzaju działalność nie grzeszyła populizmem i nie trąciła demagogią – czyli nie była też wykorzystywana do celów politycznych! Ale nad tym mogliby czuwać uczestnicy debat.]

***
Edukacja, która nie staje się sprawą publiczną, i dla której motorem napędowym nie stają choćby publiczne dyskusje, przeradza się w jeszcze jedną administrację i biurokrację!

A wtedy postulaty zmian można jedynie spisywać i przedkładać do wiadomości – za potwierdzeniem odbioru!
Trwa ładowanie komentarzy...